• Wpisów: 261
  • Średnio co: 9 dni
  • Ostatni wpis: 356 dni temu, 09:56
  • Licznik odwiedzin: 65 195 / 2517 dni
 
thesexydragon
 
Udało się!! :D dziękuję dla Iwus za radę :* Miłego czytania!!! :*

P.S. Mam już połowę następnego odcinka!! :D och weno jak ja Cię kocham!! :D  

Stałam na środku pokoju z wbitym spojrzeniem w moje dłonie. Nerwowo ocierałam i ściskałam swoje palce, czując się jak nastolatka, złapana przez rodziców na gorącym uczynku. W głowie kłębiły się moje myśli, nie wiedziałam, co powiedzieć, a raczej jak wytłumaczyć zaistniałą sytuację. Powietrze zrobiło się gęste, a napięcie rosło w miarę oczekiwania na jakiekolwiek słowa. Zerknęłam na Bruno. Jego spojrzenie było przepełnione miłością i rozczarowaniem. Czekał cierpliwie, nie ponaglając mnie. Ale jak miałam mu to wszystko wytłumaczyć? „Wiesz Bruno, nie odzywałeś się tyle czasu, więc stwierdziłam, że chcę mieć dziecko z Liamem” czy może „Mój zegar biologiczny tyka, Bruno! Chcę być mamą!”. Tylko przecież żadne z tych tłumaczeń nie miało za krzty prawdy…

- Byłam u lekarza – powiedziałam zachrypniętym głosem. Odchrząknęłam i ponownie wypowiedziałam te same słowa. - Byłam u lekarza, zrobiłam badania… Okazało się, że jestem zdrowa.

- To dobra wiadomość – odparł, wciąż wpatrując się we mnie w skupieniu.

- Mój lekarz powiedział, że mogę ponownie starać się o dziecko.

Zapadła chwilowa cisza. Bruno zdawał się trawić właśnie usłyszane słowa. Zwinnie przeczesał dłonią swoje włosy, głęboko myśląc nad czymś.

- Chcesz tego?

- Oczywiście, że chcę zostać mamą…

- Chodziło mi o to czy… - przerwał, głośno przełknął ślinę, wbijając wzrok w podłogę, a następnie we mnie – czy chcesz mieć dziecko z Liamem?

- Ja… - urwałam.

Liam był dobrym mężem i byłam przekonana, że byłby równie dobrym ojcem. Troszczył się o mnie, dbał o nasz dom, zawsze mogłam na niego liczyć. Wiedziałam, że tak samo zatroszczyłby się o dziecko, dając mu serce na dłoni. Ale czy to ja powinnam dać mu dziecko? Czy to ze mną miałby stworzyć kompletną rodzinę?
Czułam się rozdarta pomiędzy rozsądkiem a sercem. Wybranie Liama równało się ze stabilnością, bezpieczeństwem. Niestety nie byłam pewna co do stabilności przy Bruno. Jego ciągłe trasy koncertowe, promowanie muzyki, godziny dziennie spędzone w studiu nagraniowym, ciągłe przemieszczanie się z miejsca na miejsce… Czy takie życie mi odpowiadało? Czy sprostałabym byciu w ciągłym ruchu, w ciągłej niepewności? Dzieleniem się Nim z fanami, dziennikarzami i zwyczajnie z muzyką?

- Nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą.

Przytaknął głową, ściskając usta, formując je w cienką kreskę. Westchnął głęboko, jakby wszystkie jego nadzieje związane ze mną prysły w jednym momencie. Poczułam uścisk w sercu, które zaczęło nagle szybciej bić, rozumiejąc, co za chwilę się stanie. Bruno przetarł dłońmi swoją twarz i zrezygnowany ruszył w stronę drzwi, poddając się. Nagle przystanął, po czym powoli obrócił się na pięcie i równie wolno podszedł do mnie. Do oczu znów cisnęły mi się łzy. Zamrugałam kilkakrotnie, gdyż zaczęły rozmazywać mój widok. Wzięłam głęboki wdech, gdy złapał moją prawą dłoń swoją dłonią i przysunął ją do swoich ust. Przymknął powieki i ucałował jej wnętrze, zostawiając ciepły, lekko wilgotny ślad. Gdy je otworzył, ujrzałam łzy w Jego oczach, mimo to uśmiechnął się smutnie.

- Szczęściarz z tego Liama.

Z tymi słowami zostawił mnie na środku pokoju. Stałam tam, płacząc, a gdy tylko usłyszałam dźwięk zamykanych frontowych drzwi, osunęłam się na dywan, zanosząc się jeszcze większym szlochem.

Sypialnię powiła ciemność. Warkot silników, dochodzących od pojedynczo sunących aut niedaleko naszej posesji, przerywał równomiernie graną przez świerszcze melodię. Gdzieś w pobliżu przeleciała mewa. Skrzecząc, frunęła na południe w stronę oceanu. Leżałam w miękkiej, satynowej pościeli w kolorze perłowej bieli. Świeże, chłodne i letnie powietrze wlatywało przez uchylone okno do naszej sypialni. Ściskając mocno poduszkę wpatrywałam się w ramkę ze zdjęciem, ustawionym na komodzie. Choć było ciemno, a kształty na zdjęciu ledwo wyraźne, wiedziałam dokładnie, co przedstawia.

Stojący za mną Liam w garniturze, obejmował mnie mocno, zacieśniając ręce nad moimi piersiami, i składał pocałunek na moim muśniętym różem policzku. Podczas gdy ja z ułożonymi dłońmi na jego rękach i przymrużonymi oczami, uśmiechałam się krzywo do aparatu. Urocze zdjęcie z naszego ślubu – twierdził małżonek. Setki myśli przepłynęły przez moją głowę. Po raz kolejny zastanawiałam się nad słusznością naszego ślubu. Czy dobrze zrobiłam, że wyszłam za mąż za przyjaciela? Czy dobrze robię, okłamując moich najbliższych, że darzę Liama większym uczuciem niż przyjacielska miłość? Czy chcę mieć dziecko z Liamem? Czy chcę dzielić z nim dalszą przyszłość? Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytania. A może zwyczajnie tłumiłam prawdę, bojąc się przyznać do moich faktycznych uczuć…

Wciąż liczyłam się ze zdaniem najbliższych, wciąż bałam się ich zawieźć. Chciałam mieć taką samą rodzinę jak moja siostra, która wywyższana była na piedestał przez naszych rodziców. Tylko dlaczego miałam wrażenie, że spełniam marzenia i cele rodziców, a nie swoje?

Och, Bruno… Westchnęłam w myślach, zaciskając mocno powieki, czując, że kolejne łzy przypływają do moich oczu. Z łatwością mogłam przywołać jego twarz w swojej wyobraźni. Mimowolnie uśmiechałam się na myśl o Jego uroczych dołeczkach, gdy się uśmiecha. Jego czekoladowych oczu przepełnionych zazwyczaj radością, iskrzących swego rodzaju magią. Wystarczyło jedno Jego spojrzenie by każdej kobiecie ugięły się kolana. Jego usta, te słodkie morelowe usta, w które za każdym razem miałam ochotę się wpić, pałając pożądaniem. W nozdrzach wciąż czułam zapach Jego skóry i używanych perfum.

Unosząc się znad poduszki, zauważyłam mokrą plamę na jej brzegu, uformowaną poprzez moje łzy. Obejrzałam się za siebie. Liam spał głębokim snem, owinięty prześcieradłem. Najcichszej, jak potrafiłam, wstałam z łóżka, chwyciłam za jedwabny szlafrok koloru soczystej czerwieni, po czym wsunęłam stopy w kapcie i starając się nie zbudzić męża, wyszłam z sypialni.

Ze szklanką pomarańczowego soku, wyszłam na ogród. Świeży powiew wiatru zawirował lekko w moich włosach. Zaciągnęłam się głęboko powietrzem, przymykając zmęczone płaczem powieki. Zrzuciłam kapcie ze stóp i boso przeszłam po trawie, mokrej od rosy, kierując się w stronę bujanej ławki. Usiadłam na niej, podkurczając swoje nogi. Lekko zaskrzypiała, gdy jedną nogą wprawiłam ją w ruch.

Nie mogłam spać tej nocy, czego efektem były podpuchnięte oczy. Nie miałam również ochoty więcej płakać. Zastanawiałam się, co zrobić w takiej sytuacji. Jaką podjąć decyzję? Zapomnieć o Brunie, założyć rodzinę z Liamem i żyć długo, niekoniecznie szczęśliwie? Czy złożyć pozew o rozwód, wyprowadzić się od Liama i związać się w niepewny związek z Bruno? Odczuwałam strach przed nieznanym. Chociaż przy Brunie czułam się bezpieczna, kochana, czułam, że przy nim mogę być sobą… To jednak nie byłam pewna, jakie życie czeka mnie, gdybym zrezygnowała z Liama. Jak to mama zawsze mi powtarzała „wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma”. Czy tak samo było w przypadku Bruna? Czy tylko wydawało mi się, że z nim będę szczęśliwsza? Byłam cholernym tchórzem. Bałam się zaryzykować. Bałam się samotności. Wolałam żyć nieszczęśliwie z kimś, niż być nieszczęśliwą sama. Niż wchodzić w nieznane.

O Boże, cóż mam zrobić? - zapytałam w myślach Boga, licząc, że usłyszę odpowiedź. Takowej niestety nie otrzymałam. Zastanawiałam się, co by powiedzieli moi najbliżsi na moje rozstanie z Liamem. Mama z pewnością najpierw nawrzucałaby mi od najgorszych, potępiając moje zachowanie, a potem obraziłaby się i nie odzywała się, prawdopodobnie do końca życia życia, zachowując swój uraz. Ojciec z niedowierzaniem pokręciłby głową, mówiąc że się na mnie zawiódł i również milczałby do końca życia. Siostra pewnie darłaby się w niebogłosy, krzycząc że zwariowałam i należy wysłać mnie do psychologa! Lia? Lia zemdlałaby ze szczęścia i napadła na pierwszy lepszy sklep z alkoholem, po czym kupiłaby kilka butelek wina lub czegoś mocniejszego i zorganizowałaby imprezę na miarę Sylwestra, skacząc z radości i krzycząc, że nareszcie „uwolniłam się od Księciulka”. Jay natomiast przytuliłby mnie czule i po prostu z uśmiechem wyszeptał mi do ucha „Nareszcie”.

A jakby zareagował Liam? Nie chciałam nawet o tym myśleć…


Zastanawiałam się, co w tej chwili robi Bruno. Czy śpi w swoim błogim śnie, czy równie jak ja nie może zasnąć i myśli o tej całej sytuacji. Pragnęłam z nim porozmawiać, aby pomógł mi, podjąć decyzję, ale wiedziałam, że tylko ja mogę ją podjąć. Zupełnie sama.

Gdy na brzegach i dnie szklanki pozostał sam miąższ pomarańczy, ruszyłam z powrotem do domu. Odłożyłam szklankę do zmywarki i wybrałam się na piętro do gabinetu męża. Lubiłam siadać na jego miękkim, skórzanym fotelu przy biurku, gdyż tuż za nim rozpościerał się widok na wschodzące słońce. Rozsiadłam się wygodnie i łapiąc za uchwyt szuflady, próbowałam się odwrócić w stronę okna. Nagle zatrzymałam się, gdy zorientowałam się, że szuflada wcale się nie wysuwa. Szarpnęłam mocniej. Była zamknięta na klucz. Zastanowiłam się, po co Liam zamykałby szufladę w jego biurku na klucz? Czyżby miał przede mną jakieś tajemnice? Co tam chowa? Zerknęłam na blat biurka, lecz nigdzie nie dostrzegłam klucza. Postanowiłam zająć się tą sprawą później. Tymczasem odwrócona w stronę okna,podkurczyłam kolana do brody i wpatrywałam się w niebo, zachwycona jego błękitnym kolorem, jaśniejącym z minuty na minutę. Zapowiadał się kolejny upalny dzień.

Było po godzinie 11, gdy Liam od kilku godzin był w pracy, ja postanowiłam spotkać się z Bruno. Nie mogłam tego tak po prostu zostawić, musiałam go znów zobaczyć, liczyłam że tym razem gdy go ujrzę odpowiedź sama przyjdzie do mojej głowy. Problem tkwił jednak w tym gdzie znajduje się Bruno.

Ubrana w letnią, zółtą sukienkę wraz z Charliem wskoczyłam do samochodu. Pojechałam do domu Hawajczyka – to była oczywiście moja pierwsza myśl. Gdzie może być Bruno jak nie u siebie?
Zatrzymałam samochód na podjeździe, zostawiając psa w środku auta, wychylił swój łeb przez okno i przyglądał mi się jak nieśmiałym krokiem idę w stronę drzwi. Jego nowy dom odznaczał się nowoczesnością i prostotą. Parterowa wielka willa w kolorze bieli pięknie prezentowała się na tle pozostałych domów w tej części Los Angeles. Ogromne filary przed domem podtrzymywały zadaszenie. Przez wielkie okna można było dostrzec wnętrze domu.
Skrępowana, wzięłam głęboki wdech i wcisnęłam dzwonek do drzwi. Rozbrzmiał jeden przeciągły dźwięk, który długo po ucichnięciu brzęczał w moich uszach. Gdy już byłam przekonana, że nikogo nie ma i miałam zamiar odwrócić się na pięcie i wrócić do auta, drzwi uchyliły się. W progu stała Presley, siostra Bruna. Jej brązowa burza loków dorównywała moim włosom. Czy może dlatego tak mnie nie lubi? Zaśmiałam się w duchu.

- Cześć – odparłam niepewnie.

- Cześć.

Presley trzymała pod pachą swojego buldoga, który na widok Charliego w aucie, zaczął szczekać, śliniąc się lekko.

- Och przymknij się! - krzyknęła do psa i odłożyła go na podłogę, nogą popychając do środka. - Wejdziesz?

Musiałam przyznać, że zaskoczyło mnie jej pytanie. Zastanawiałam się, gdzie jest Bruno, co ona tu robi i dlaczego proponuje mi wejście do środka domu jej brata?

- Jasne – odpowiedziałam szybko i weszłam do środka. Presley zwinnie zamknęła za mną drzwi, aby jej wielki, obśliniony buldog nie wyskoczył na zewnątrz.

- Napijesz się czegoś?

- Nie, dziękuję… Ekhm.. jest Bruno?

- Pojechał z moim chłopakiem do sklepu, mamy zamiar zrobić dziś barbeque.

- Och.. fajnie – stwierdziłam bez entuzjazmu.

- W zasadzie dobrze, że jesteś, bo chciałam z Tobą o czymś porozmawiać.

Lekko przerażona przełknęłam ślinę i nerwowo błądziłam wzrokiem po mieszkaniu Hawajczyka. Ogromna przestrzeń – to pierwsze co przyszło mi na myśl. Tak jak i na zewnątrz, tak w środku było prosto, ale elegancko. Ściany były w kolorze bieli. Wchodząc głębiej ujrzałam Szare kanapy po lewej stronie, długi stół z krzesłami po prawej. Na przeciwko ciągnęły się wielkie okna, prowadzące na taras i ogród. Presley usiadła na kanapie i wskazała mi miejsce, abym usiadła naprzeciwko niej.

- Powiem bez ogródek… Musicie przerwać z Bruno tą fanaberię. - powiedziała spokojnym tonem, mówiąc jak do dziecka. - Nie podoba mi się jego stan…

- Jego stan? - zapytałam zdziwiona.

- Tak. Nie zauważyłaś jak schudł?? Jak Jego twarz zmizerniała? Chodzi po domu ciągle zamyślony, uśmiecha się, żartuje, ale to nie ten sam Bruno! To nie mój brat.

Patrzyłam na nią zdziwiona, próbując przywołać widok Bruna z poprzedniej nocy. Czy faktycznie wyglądał tak źle? Czy może moja miłość do niego przysłoniła mi jego zmizerniałą twarz i ciało…?

- Musicie przestać się spotykać.

- Nie spotykamy się…

- Tak? To co tutaj robisz dzisiaj?

- Ee… Po prostu potrzebowałam z nim porozmawiać.

- Mam nadzieję, że o tym, żeby dał Ci święty spokój i zakończycie ten dziwny romans.

- My nie mamy romansu…

- Och proszę Cię! - przerwała mi, śmiejąc się pod nosem. - Może moje rodzeństwo jest ślepe, w co wątpię. Ale na goły rzut oka widać, jak na siebie patrzycie. Z takim… pożądaniem! Fuuu… - wzdrygnęła się, wyobrażając sobie zapewne brata w intymnej sytuacji. - Nie pozwolę żeby przez Ciebie Bruno zaniedbał swoją karierę.

- Ale ja nic nie robię!

- Rozkochałaś go w sobie! To wystarczy. Bruno jak się zakocha to na zabój! Jest romantykiem i bardzo wrażliwym człowiekiem. A Ty? Masz męża, Eliana! Co Ty wyprawiasz?

Poczułam się, jakby uderzyła mnie otwartą dłonią w twarz. Zabolało.

- Nic nie rozumiesz…

- Jasne, nie rozumiem… Eliana, skończ pieprzyć. I skończ ten romans. Definitywnie. Zostaw mojego brata w spokoju raz na zawsze. - Powiedziała złowrogo, patrząc mi głęboko w oczy. Zrozumiałam, że nadszedł moment gdy powinnam opuścić mieszkanie Bruna.

Nie mówiąc nic, ruszyłam ku wyjścia. Presley również nic więcej nie powiedziała. Zachowała się, jak dobra siostra, broniąca swojego brata. Rozumiałam ją doskonale.

Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, gdy odpaliłam silnik i wrzuciłam wsteczny bieg. Chwilę później jechałam drogą, prowadzącą do mieszkania przyjaciółki.

Lea przyjęła mnie z otwartymi rękoma. Przytuliła mnie mocno, po czym wręczyła kubek kawy z mlekiem. Usiadłyśmy na kanapie, gdy przyjemny aromat kawy rozprzestrzenił się po mieszkaniu przyjaciółki.

- Ona gówno wie! - odparła Lea – Co ten Elvis…
- Presley -poprawiłam.

- Elvis Presley! Nieważne! Co ona może wiedzieć, co Was łączy. Eli, chyba nie posłuchasz tej zołzy!

- Lea, ale ona może ma rację. Może faktycznie przeze mnie Bruno się zaniedbał, a następnie zaniedba muzykę, swoich fanów!

- Jestem przekonana, że jakbyś kopnęła w tyłek księciunia i wskoczyła w ramiona Hawajczyka, od razu by się poprawił jego stan! Odżyłby migusiem!

- No nie wiem…

- Ale ja wiem! Jest zakochany po uszy i nie radzi sobie bez Ciebie. Z Tobą poradziłby sobie ze wszystkim. Tak samo Ty! Cholera Eli! To pieprzony Bruno Mars! Jak możesz go nie chcieć?! - zerknęłam na nią karcąco - Wiesz co, jak go nie chcesz, ja z chęcią przyjmę go w swoje ramiona! A bardziej pomiędzy moje uda! - zasmiała się.

- Lea! Wybij sobie z głowy!

- Ha! A jednak zazdrośnico!

- To nie o to chodzi..

- Dobra, dobra!

- Lea, potrzebuję chyba od tego wszystkiego odpocząć…

- Co masz na myśli?

- Nie wiem, może powinnam wyjechać gdzieś, pobyć sama, przemyśleć wszystko. W domu Liama, znaczy mojego i Liama… źle się czuję, źle mi się myśli.

- Yhm… rozumiem. - siedziałyśmy chwilę w milczeniu, zastanawiając się, co począć. - Mam! - krzyknęła nagle, aż podskoczyłam lekko do góry. - Mój kuzyn, Derek, ma domek nad jeziorem Castaic. Trochę daleko, ale mówię Ci jest przepięknie! Dookoła las, woda, cisza i spokój. W sam raz na głębokie przemyślanie wszystkiego!

- Myślisz, że mogłabym się tam zatrzymać?

- Jasne! Już do niego dzwonię!


Kilka godzin później zostawiłam w gabinecie Liama list, informujący go o moim wyjeździe, po czym zniosłam walizkę na parter. Uśmiechnięta Lea czekała na mnie, trzymając w dłoni smycz Charliego. Oczywiście musiałam go ze sobą zabrać. Dzięki niemu nie czułam się tak samotna, a jednocześnie dawał mi namiastkę bezpieczeństwa.

- Jedź ostrożnie – powiedziała Lea, obejmując mnie i całując na pożegnanie w policzek. - GPS masz ustawiony, powinnaś bez problemu trafić. A jak nie to dzwoń. Tylko uważaj tam czasem nie ma zasięgu…

- Dobrze.

- Wierzę że podejmiesz słuszną decyzję, Eli…

- Też mam taką nadzieję.

Chwilę później sunęłam drogą stanową nr 5, zmierzając do Castaic. Charlie z wywalonym łbem i otwartym pyskiem wyglądał przez okno pasażera. Czułam, że podjęłam słuszną decyzję, jeśli chodzi o wyjazd. Potrzebowałam przetrawić słowa Bruna, jak i Jego siostry. Musiałam zastanowić się, jaką drogą powinnam pójść, kogo wybrać…


Tymczasem w domu Bruna…

- Co jej powiedziałaś?! - wrzasnął Bruno, pierwszy raz od dawna unosząc się gniewem.

- To, co powinnam! Co Ty powinieneś!

- Kto Ci kazał, co?! Nie widziałem się z nią od dawna…

- Nie wciskaj kitu Bruno, a gdzie byłeś wczoraj?!

- Niech Cię to nie obchodzi! Nic nie rozumiesz! - krzyknął, odwracając się na pięcie, po czym zgarniając kluczyki od auta, portfel i telefon, wybiegł z domu.

Wciąż zdenerwowany jechał ulicami LA, łamiąc nie jeden przepis drogowy. Ostro wyhamował na podjeździe przed domem, w którym tak niedawno był, zwierzając się z największych smutków, skrywanych od tak dawna. Kilkakrotnie zadzwonił do drzwi, lecz nikt mu nie otworzył. Zajrzał przez okno do domu, lecz nikogo nie dostrzegł. Wykręcił jedno połączenie, lecz automatyczny głos damski odpowiedział mu że użytkownik do którego dzwoni jest poza zasięgiem. Głośno przeklnął pod nosem, po czym wybrał kolejny numer, modląc się, aby jego właściciel nie zmienił numeru telefonu. Po chwili po drugiej stronie usłyszał zdziwiony, damski głos…

- Bruno?

- Cześć, Lea. Tak to ja… Mogłabyś mi w czymś pomóc..? Ekhm… Wiesz może gdzie jest Eli?

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego